wtorek, 15 maja 2012
Tyle się wokół dzieje, że znów nie mam zbyt wiele czasu na blogo-pamiętnik. Refleksji masę. Ale to działanie jest podstawą istnienia samorządowca, a nie pisanie. Mam wspaniały pomysł związany z dzisiejszym tematem, ale o nim potem.
Graffiti stało się od jakiegoś czasu słowem niedobrym. Gdzie tylko można mieszkańcy miast polskich bronią się przed działalnością grafficiarzy. Wymyśla się samozmywalne ściany, zawiadamia straż miejską i policję. Ludzie wolą brudne, zakurzone ściany domów, niż malarstwo na murach. Historia tego typu malowideł pełna jest paradoksów, niedomówień i wieloznaczności. Jedni podkreślają, że jest to kontynuacja tego, co czyniono w jaskiniach paleolitycznych, czy na ścianach starożytnych miast greckich i rzymskich. Inni twierdzą, że początki graffiti sięgają przełomu lat 60. i 70. XX wieku, kiedy to popularne stały się tzw. tagi - wykonane flamastrem lub farbą stylizowane zapisy imion/pseudonimów młodych ludzi, którzy w ten sposób znakowali teren. Nieco wcześniej, bo już na początku lat 50., graffiti posługiwali się członkowie awangardowego ugrupowania Lettrist International (m.in. Isidore Isou, a następnie sytuacjoniści (Guy Debord, Raoul Vaneigem, Ivan Chtcheglov). Ich wkład w upowszechnianie graffiti miał znaczący wpływ na paryski Maj '68 (m.in. słynne hasła: "Nigdy nie pracuj!", "Władza w ręce wyobraźni", "Plaża na ulicach"). Upowszechnienie farb w sprayu sprawiło, że napisy stały się większe, bardziej kolorowe i łatwiejsze do zauważenia. To właśnie tego typu formy stanowią graffiti w ścisłym znaczeniu.
Rozwój graffiti w Polsce to początek lat 80, a dokładniej czas stanu wojennego, kiedy to pojawiały się na ulicach wielu miast prace wykonywane za pomocą szablonów lub po prostu pędzla. Ta forma aktywności twórczej i politycznej przybrała na sile pod koniec lat 80. także za sprawą Pomarańczowej Alternatywy i wielu innych mniejszych grup lokalnych. Tak zwana nowa fala graffiti nastąpiła w latach 1992-1994, gdy grupa osób stosujących wcześniej technikę szablonową zaczęło malować ręcznie już tylko za pomocą farb w sprayu. Pozwoliło na to pojawienie się w sprzedaży pierwszych farb w aerozolu.
Graffiti jest przedmiotem sporów pomiędzy tymi, którzy twierdzą, że jest to ekspresja swobodnej młodości i tymi, którzy określają zjawisko, jako niepokojącą plagę, która spadła na nasze miasta.
Na zachodzie Europy i w USA mówi się o „street art”, sztuce, która się dzieje na ulicach. Najbardziej wyrazistym tego przykładem może być Jean-Michael Basquiat, który jako nastolatek zaczął w latach 70 od graffiti, aby po kilku latach stać się uznanym malarzem, a po śmierci – legendą. W Anglii prace najsłynniejszego grafficiarza, Banksy ego – trafiają do galerii. W Polsce tak spektakularnego przykładu jeszcze nie można podać, chociaż tu i ówdzie pojawiają się znaczące talenty. Już i dzisiaj powstają na murach malunki wyrafinowane, dopracowane i przemyślane. Graffiti aspirujące do bycia sztuką nie są oczywiście bazgrołami informujących przechodniów o tym, jakie zdanie miał autor o klubie sportowym Wisła czy Cracovia. O sztuce można mówić, a z brudzeniem ścian trzeba walczyć.
Graffiti staje się sztuką, która uciekła z galerii, nie czeka tam na nikogo, ale, tak jak reklama zaczepia przechodniów, konkuruje z nią. Teraz już nie jest aktem protestu politycznego, ale w dalszym ciągu staje się komentarzem do rzeczywistości, refleksją autora, interesującym, kolorowym dziełem sztuki.
Łódź oddała w 2001 roku grafficiarzom ścianę przy ulicy Piotrkowskiej o powierzchni ponad 900 metrów kw. Wykorzystano na jej pomalowanie ponad 1000 puszek farby. Dzieło zostało wpisane do Księgi Rekordów Guinnesa. W Krakowie mural Siva Rerum przy al. Powstańców Śląskich powstał na ścianie długiej na 90 metrów i wysokiej na 5 metrów. Poświęcony został historii Krakowa. Może więc można kontynuować współpracę? Może na przykład byłoby interesujące dostarczenie przyszłym artystom street artu zestawu murów, które mogłyby być przez nich wykorzystane? Kiedy się podróżuje po miastach świata można zobaczyć, jak ciekawie da się wykorzystać taką formę artystyczną dla ozdobienia przestrzeni publicznej. Może więc współpraca z grafficiarzami byłaby pomysłem dobrym dla Krakowa? Przecież zawsze jest lepiej współpracować, niż walczyć.
niedziela, 22 kwietnia 2012
Wydawało się, że nie wtrącę się w jakiekolwiek dyskusje dotyczące nauki historii w szkołach. Ba, nawet twierdzę, że zażenowana się czułam, kiedy rozpoczął się strajk głodowy w "sprawie nauczania historii". To nie ta metoda do tego problemu. Zresztą moja świadomość, jaźń, jakby to określić - jest raczej myśleniem "do przodu". Historia nie wywołuje u mnie dreszcza emocji. Nawet nie pamiętam zbyt wielu wydarzeń ze swojego życiorysu. Potrafię zaplanować wydarzenia, zrealizować i je i zaraz zaplanować kolejne... Jednakże zdarzyło się coś, co być może zmieni mój stosunek do nauczania historii. Na zajęciach z bioetyki rozmawiałam ze studentami Uniwersytetu Jagiellońskiego o stosunku do śmierci, do eutanzaji w judaizmie. I nagle jakoś tak wyszło - zeszliśmy na tematy obecnie istniejących gmin żydowskich w Polsce. Od słowa do słowa zapytałam studentów o rok 1968 i o wydarzenia z tamtego czasu dotyczące relacji polsko-żydowskich. Okazało się, że studenci nie mają o tym żadnego pojęcia; że, jak powiedzieli, nie było czasu na omawianie współczesnej historii Polski. Uspokoili mnie, że wiedzą (co nieco) o Solidarności.
wtorek, 17 kwietnia 2012
Rolą osób zarządzających Krakowem jest, z jednej strony tworzenie dla mieszkańców najdogodniejszych warunków do życia, z drugiej zaś budowanie miasta, które będzie istniało dla przyszłych pokoleń. Taka powinna być rola tych, którzy dbają o „tu i teraz miasta”, ale także przygotowują go na ewentualne zmiany, widzą perspektywę i kierunki rozwoju. Dlatego też powstają wszelkiego typu strategie, mające pokazywać to, że włodarze analizują możliwości i potrzeby miasta na dzień dzisiejszy, ale także widzą przyszłość. Dobrze skonstruowana analiza może stać się podstawą bezpiecznego bytu następnych pokoleń. Wiedza ta jest oczywista i nie podlega konieczności szerokiego uzasadnienia. Mądre zarządzanie miastem na pewno zasłuży na wdzięczność, tych, którzy będą mieszkali w mieście po nas.
W ekonomii, a więc i w zarządzaniu każdy czyn nie pociąga zwykle jednego, ale wiele następstw. Pewne z nich są natychmiastowe – te widać, a inne pojawiają się stopniowo – tych nie widać. Ważne, żeby można było je jednak przewidzieć. Między złym a dobrym zarządzaniem jest tylko jedna różnica: pierwsze dostrzega i bierze pod uwagę tylko skutki widoczne i bezpośrednie drugie dostrzega także konsekwencje oddalone w czasie. Zarządzanie miastem jest jak sadzenie lasu – trzeba na początku wyobrazić sobie, jakie będą efekty działania po piędziesięciu latach. .
Ludzie zarządzający miastem powinni już dzisiaj zastanowić się nad potrzebami, jakie przyniesie przyszłość. I znów pozbywając się przenośni: potrzeby miasta – to potrzeby jego mieszkańców. Jaki będzie Kraków za dwadzieścia, trzydzieści lat. Badania demograficzne mówią o tym, że jeśli nic się nie zmieni w obecnie istniejących tendencjach - będzie on miastem ludzi starszych.
Prognoza demograficzna do 2030 roku, przygotowana przez GUS, wskazuje na istotne zmiany, jakie będą zachodzić zarówno w wielkości, jak i strukturze ludności Polski w kolejnych dekadach. Przede wszystkim, liczba mieszkańców Polski będzie maleć – zwiększać się będzie nadwyżka liczby zgonów nad liczbą urodzeń – zjawisko to obserwowane jest w Polsce od niedawna. Do 2020 roku ludność zmniejszy się o milion osób, a w następnej dekadzie (lata 2020-2030) o kolejne półtora miliona. Ubytek ludności dotknie przede wszystkim miasta, głównie z powodu mniejszej dzietności niż na wsiach, ale też na skutek nowego zjawiska, jakim jest przemieszczanie się części ludności miejskiej na tereny wiejskie na obrzeżach miast.
Ubytek ludności najprawdopodobniej jednak nie dotknie w znacznym stopniu Krakowa. Liczba ludności będzie rosła do około 2020 roku, a następnie zacznie spadać.
niedziela, 15 kwietnia 2012
Jak coś lub kogoś się pochwali, to zaraz jest jakieś bum.. Przeczytałam ostatnio komentarz następujący: "Podpisanie i ratyfikacja konwencji Rady Europy w sprawie zapobiegania i zwalczania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, otwiera w Polsce furtkę środowiskom feministycznym i związkom partnerskim rozumianym, jako związki homoseksualne. Co gorsze, podpisanie konwencji RE zobowiązywałoby Polskę do promowania postaw homoseksualnych i aktywnego zwalczania poglądu, że małżeństwo, to jest związek kobiety i mężczyzny, a przecież taki pogląd jest wpisany w polską konstytucję - powiedział w pierwszej części rozmowy z Onetem Jarosław Gowin. " No więc wzięłam i przeczytałam ową wspomnianą Konwencję. I mam cały czas nadzieję, że przeczytałam to właśnie o czym wypowiadał się minister. Konwencja składa się z 81 artykułów i 30 stron. Oczywiście mam tę świadomość, że spotykamy się z gigantycznymi bzdurami produkowanymi przez Radę Europy. Niektóre z przepisów i konwencji są śmieszne, a niektóre aż straszne. Tutaj jednak w przypadku w/w sprawy zdaje się, że są zawarte pewne postulaty słuszne. Obszerne fragmenty tekstu przytoczyłam na moim facebooku. Przemoc w rodzinie jest i cierpią na tym najbardziej kobiety. Co do tego mają "środowiska feministyczne"? Przecież nie tylko one zwracają na to uwagę. W konwencji są definicje: "przemoc wobec kobiet” rozumiana jest jako naruszenie praw człowieka i jako forma dyskryminacji kobiet oraz oznacza wszelkie akty przemocy uwarunkowanej płcią, które prowadzą lub mogą prowadzić do krzywdy fizycznej, seksualnej, psychicznej lub ekonomicznej bądź do cierpienia kobiet, w tym groźby takich aktów, przymus lub samowolne pozbawienie wolności w życiu publicznym lub prywatnym; b „przemoc domowa” oznacza wszelkie akty przemocy fizycznej, seksualnej, psychicznej lub ekonomicznej w rodzinie lub w domu albo między byłymi lub obecnymi małżonkami bądź partnerami, bez względu na to, czy sprawca dzieli lub dzielił to samo miejsce zamieszkania z ofiarą[..]
A na przykład artykuł 5 brzmi następująco: "Strony potępiają wszelkie formy dyskryminacji kobiet oraz bezzwłocznie stosują konieczne środki ustawodawcze i inne środki o charakterze zapobiegawczym, w szczególności poprzez: – uwzględnianie w swoich konstytucjach lub w innym stosownym ustawodawstwie zasady równości między kobietami i mężczyznami oraz zapewnienie praktycznego stosowania tej zasady; – zakazanie dyskryminacji kobiet, w tym poprzez zastosowanie sankcji w stosownych przypadkach; – obalanie praw i praktyk dyskryminujących kobiety [...]
Zresztą przeczytajcie Państwo sami. To tylko 30 stron.
środa, 11 kwietnia 2012
Zanim przejdę do dzisiejszego wpisu powrócę na chwilę do fragmentu wczorajszego: tam, gdzie pisałam o kometencjach władzy. Natrafiłam na fragment diagnozy Waltera Lippmana, który kiedyś napisał: "nieograniczona władza, sprawowana przez ludzi ograniczonych i pełnych uprzedzeń, staje się szybko represyjna i skorumpowana, a pierwszym warunkiem postępu jest ograniczenie władzy odpowiednio do zdolności i cnót rządzących". Zaznaczam, że dotyczy ta uwaga wszelkich opcji, rządzących teraz, w przeszłości i w przyszłości.
I jakoś tak dziwnie splata nam się powyższa uwaga z tą, która miała być główną myślą w dniu dzisiejszym. Minister Gowin na spotkaniu w sali obrad rady miasta Krakowa powiedział, że chciałby być takim współczesnym Wilczkiem, który zrobi właśnie tyle dla wolności gospodarczej, ile zrobił on. Po spotkaniu usłyszałam w kuluarach opinię o wypowiedzi ministra "jak można posługiwać się takim nazwiskiem tego komucha w tym kontekście". Popatrzmy więc, jak to było. W grudniu 1988 powstała tzw. "ustawa Wilczka". Miała ona nieco ponad 50 artykułów Z tego ponad 20 stanowiły przepisy zmniejające wczesniejsze prawo. Nie mówiła nic o wolności gospodarczej, ale ją faktycznie wprowadzała. Dzisiejsza ustawa ma artykułów ponad 100 (a więc dwa razy więcej). Jest też kolejna ustawa - prawo działalności gospodarczej W sumie "wolność gospodarczą" krepuje ponad 200 przepisów.
Pytanie : dlaczego jest tak, że władza wie lepiej, jak kontrolować, rejestrować (dwadzieścia przepisów obowiązującej ustawy dotyczy tylko i wyłacznie zasad ewidencji i centralnej informacji o działalności gospodarczej) etc. I kiedy ktoś mówi o tym, że należy odstępować od nadmiernej kontroli państwa we wszystko, co jest działalnością człowieka - to wtedy ludzie się bronią i tego nie chcą. Oddają swoją wolność. Tak więc jest i z deregulacją zawodów i z wszelkimi obszarami, które zostały objęte kontrolą państwa. Ludzie oddają coraz więcej decyzyjności państwu (czytaj rządzącym), oni z godnością przyjmują, a następnie usiłują decydować - na co nie zgadzają się ludzie. I tu powstaje problem! Może więc nie oddawać i nie przyjmować? A Gowinowi życzę serdecznie, aby stał się "drugim Wilczkiem".
|
|